środa, 14 czerwca 2017

ROZDZIAŁ VIII

   Ta noc była jedną z najciemniejszych w tym miesiącu. Naturalny satelita naszej planety urządził strajk – ukrywał się za ciągnącymi się w nieskończoność chmurami – a gwiazdy uznały, że emitowanie światła ku uciesze rasy ludzkiej to strata czasu.
   Noelia odnosiła wrażenie, że wszechświat ją obserwuje – odczytuje jej intencje, uczucia, a nawet przewiduje przyszłe wydarzenia. Wiedziała, że to nieprawda, jednak nic nie stało na przeszkodzie wyobraźni.
   Stała jak sparaliżowana na wprost sporego prostokątnego kojca, nie zauważając niczego prócz chmur zatykających firmament. Poruszały się ślamazarnie i trudno było dostrzec jakikolwiek ruch. Chmury na szczęście nie przeszkadzały w słuchaniu muzyki, pomimo pojawienia się w tekście konstelacji o nazwie Orion. Szansa zaobserwowania gwiazdozbioru dobiegała końca. Noelia była pewna, że z powodu nie kwapiącej się do zmiany nastawienia pogody, ujrzy go kolejny raz dopiero w październiku. W internecie przeczytała, że Myśliwy ukazuje się polskim obserwatorom od października do maja. Wierzyła, że tak jest w istocie. Nie spieszyła się do weryfikacji tych faktów. Wprawdzie lubiła popatrzeć na gwiazdy, ale daleka była od notowania, w jakim dniu dokładnie się pojawiają oraz znikają.
   Do października pozostało parę miesięcy. Te przeminą z prędkością porównywalną do prędkości światła, jak całe życie – jeśli nie zostanie złapana. Przedtem nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Wydawało jej się dziwne, że nikt niczego nie podejrzewa – że policja ani razu nie zajrzała do jej domu, że znajomi ze szkoły nie zachowywali się odmiennie w jej towarzystwie i nie zadawali niewygodnych pytań. Jedynym problemem okazali się przybrani rodzice, głęboko przekonani, że w życie ich córki wgryzła się trauma, odnośnie której nie odzywali się słowem. Noelia widziała, jak Krzysztof celowo unika niektórych tematów, jak zmusza się do wcale nieśmiesznych żartów. Widziała, jak Jolanta obserwuje ją za każdym razem, kiedy myśli, że przybrana córka patrzy w drugą stronę.
   Blondynka nie miała wyjścia. Musiała skłamać, żeby przybrani rodzice nigdy nie dowiedzieli się prawdy. Zwlekała jednak. Cokolwiek by teraz wymyśliła, rezultat nie byłby zadowalający. Jutro, po rozmowie z Maćkiem – przyrzekła sobie.
   Jestem tu i czekam na ciebie,
pod gwiazdami Oriona...
   Kiedy w ciszy nocy ponownie rozbrzmiały te słowa, zdała sobie sprawę, jak długim okresem jest pięć miesięcy – i to z hakiem. Gdy po ich upływie odnajdzie na niebie Betelgezę, umieszczoną w lewym górnym rogu tworu przypominającego klepsydrę, nie będzie już tym samym człowiekiem. Bez względu na to, czy rodzice w końcu się uspokoją i czy ktokolwiek zacznie coś podejrzewać, nie będzie mogła spojrzeć samej sobie w oczy i powiedzieć: „jesteś o pięć miesięcy i pół starsza, ale mentalnie nic się nie zmieniłaś”. Powie: „jesteś nieco starsza, wyglądasz identycznie, nie znam cię”.
   Dlaczego Wiktoria do tej pory nie odpowiadała na wiadomości? Czyżby przez przypadek w ich treść wsiąknęła odrobina szaleństwa? Czy dziewczyna uznała, że nie chce się zadawać z kimś, kto zachowuje się jak wariat?
   Prychnęła. Wiktoria miała chorego brata! Pewnie dziewczyna zajmowała się nakłanianiem kolejnych partii populacji do oddawania pieniędzy na leczenie.
   Na skrzydłach białego ptaka,
zostałam zakładnikiem...
   Nie mogła tak po prostu udać się do Maćka bez podania Kamili czegoś do jedzenia. Przecież nie pozwoli wariatce umrzeć, bez względu na to, jak bardzo tego chciała – a do dlatego, że ten idiota, Kombinator, zamierzał ją utrzymać przy życiu. Właściwie dlaczego?
   Kiedy smartfon przestał odtwarzać piosenkę, ogarnęło ją poczucie pustki. Gwiazdy, planety, mgławice, właściwie całe istniejące w umyśle dziewczyny uniwersum zniknęło, pozostawiając niewypełnioną materią przestrzeń. Ona także przestała istnieć, prócz małego punkcika świadomości jarzącego się białym światłem, zdolnego do zarejestrowania nicości. Wiedziała, że to jego ostatnie chwile. Nie potrafiła odnaleźć innych świetlistych obiektów. Oznaczało to, że wraz z gwiazdami, planetami i mgławicami przerodziły się w martwy wszechświat. Nikomu nie było dane zostać na dłużej. Każdemu przydzielono czas, po którego upłynięciu... do widzenia. Adieu. Tak po prostu.
   Odszukała numer Kombinatora w kontaktach. Nie chciała do niego dzwonić w takim stanie, ale jeśli miała być ze sobą szczera, każdy moment byłby nieodpowiedni. Jej życie zmieniło się diametralnie. Miejsce na pozytywne emocje zostało brutalnie zajęte.
   Jeszcze raz uniosła głowę ku niebu, wsłuchując się w sygnał oczekiwania.
   Wydawało jej się, że czeka w nieskończoność – zupełnie jakby natura chciała ją oszczędzić, pozwolić maleńkiemu płonącemu bytowi uczynić z próżni swój wieczny dom. Obserwowałaby, jak gasną inne istnienia, aż do końca wszystkiego.
   Byłoby smutno przemierzać wypatroszony kosmos, w którym nic nie przypominałoby o minionym blasku. Byłoby smutno nie wiedzieć, czy się przemieszczamy, czy tkwimy w miejscu. Jeśli nie ma punktów odniesienia, to czy w ogóle się poruszamy?
   – Ta, Noel? – usłyszawszy głos przyjaciela Maćka, Noelia niemal podskoczyła. – Co biega w kołowrotku?
   Nastolatka niechętnie spojrzała w dół, na wyświetlacz niebieskiego Samsunga Galaxy S6. Galaxy? Znakomicie, nawet smartfon przypominał jej o losie wyimaginowanego wszechświata.
   – Chomik – odparła sarkastycznie. – A tak konkretnie to dżungarski o imieniu Bea. Wrócił zza grobu, żeby wydłubać ci oko, tym samym zezwalając czemuś dużemu na wtargnięcie do oczodołu, najlepiej gilowi, śliwce... albo piłce do koszykówki.
   – Widać, że panieneczce dopisuje humorek.
   Noelia wywróciła oczami.
   – No nie, to mechanizm obronny.
   – Żarty są mechanizmem obronnym? – zdziwił się rozmówca. – A to od kiedy?
   – Ponoć wielu komików cierpi na depresję – odparła blondynka. – Nie wiedziałeś o tym? A tak na serio, chodzi o to, że nie mogę jutro jechać do Trzebnicy. Matka mnie zabije.
   To wyjaśnienie brzmiało wiarygodnie, nie budziło podejrzeń.
   – Nie zabije cię – stwierdził Kombinator. – Mowy nie ma. Moja to z obcęgami za naszą zgrają fruwała, a kiedyś myśleliśmy, że Miś i Klajster sąsiada do złości pogonili, bo takie wrzaski, że ludziska z końca Polski by usłyszeli, a się okazało, że to moja matka dorwała jednego z naszych...
   – W takim razie nie mam pojęcia, kim jest twoja matka – rzekła Noelia. – Tropiącym zombie pojazdem?
   Wykonała głęboki wydech, aby pozbyć się ciążącego w płucach powietrza.
   – Chyba zostanę komikiem.
   – Komikiem? – powtórzył przyjaciel Maćka. – Ale jeśli tam jest „ch” zamiast „k”, to dopiero karierka panienkę czeka.
   Pokręciła głową.
   – Ta rozmowa z każdą sekundą staje się coraz bardziej idiotyczna – nie potrafiła wstrzymać się od komentarza. – Może przejdziemy od razu do sedna zamiast sobie gadać jak starzy dobrzy znajomi?
   – Pewnie – zgodził się interlokutor. – Masz to jak w banku z kupą kasy czekającą na rabunek. Nie możesz do rudery jutro jechać, rozumianko. Dobra, i tak zamierzałem tam włazić, jutro czy pojutrze, więc żarcie zabiorę, nie bój nic.
   Rozejrzała się po podwórku, na wszelki wypadek sprawdzając, czy nikt nie opuścił swojego domu. Wątpiła, by komukolwiek chciało się wychodzić na zewnątrz o tej porze, zwłaszcza że niebo nie prezentowało widoku godnego podziwiania, lecz wolała nie ryzykować.
   – A co ze zmianą ciuchów? – ściszyła głos. – Przecież ona po takim czasie będzie śmierdzieć.
   Nastała dojmująca cisza.
   Noelia obserwowała w skupieniu spowite chmurami niebo, oczekując odpowiedzi, której treść już znała. Zresztą, co ona sobie wyobrażała?! Nikt nie upilnowałby wariatki samodzielnie, nawet umięśniony strażnik. Jeśli dziewczyna zechciałaby uciec, najpewniej by się jej to udało.
   – Do tego potrzeba dwóch osób – przemówił w końcu Kombinator. – Nie ma szans, aby jakiekolwiek człowiecze samo sobie poradziło. Trudno, najwyżej trochę pośmierdzi. Chyba zasłużyła na to, nie?
   – Pewnie masz rację... Jakim typem osobowości ona według ciebie jest?
   – Typem osobowości? – Noelia wyobraziła sobie, jak oczy chłopaka rozszerzają się, przerażone. – Czy ty mnie o coś podejrzewasz?
   Teraz jeszcze bardziej skłaniasz mnie do podejrzeń.
   – Nie – skłamała. – Gdybym sądziła, że współpracujesz z tą wariatką, podjęłabym pewne kroki, by temu przeciwdziałać.
   – To sprawa leży na kupie załatwiona – luzacki ton głosu Kombinatora sprawiał wrażenie przesadzonego, jakby właściciel uznał, że nikt nie odróżni kopii od oryginału. – Ale skąd ci do głowy przylazło, że tak szybko moja łepetyna byłaby w stanie ocenić jej osobowość, co?
   – Myślałam, że odwiedzałeś ją podczas mojej nieobecności.
   Kolejne kłamstwo. Kłamanie przychodziło z zadziwiającą łatwością, kiedy już się zaczęło. Co więcej, przynosiło ze sobą dziwne poczucie euforii. Człowiek czuł się niepokonany. Jakby przebywało się na pokładzie ogromnego balonu, po starcie którego wściekły pies choćby nie wiem, jak próbował, nie mógł dosięgnąć ogromnego kosza umiejscowionego pod gigantyczną barwną masą.
   – Nie wiem, jaki miałbym mieć ku temu powód.
   – Zdaje się, że wspominałeś, że lubisz chodzić w tamte strony. Nie widzę powodu, dlaczego miałbyś nadal tego nie robić. Poza tym, wątpię, byś nie był po prostu ciekaw, co się u niej dzieje.
   Blondynka uśmiechnęła się sama do siebie. Miała go w szponach. Zostało niewiele czasu, a wydrze od niego prawdę.
   – Masz rację – przyznał niechętnie rozmówca. – Byłem tam raz, ale nawet z nią nie rozmawiałem, więc ciężko stwierdzić...
   Ale? Ale co? Chyba że zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli jego odpowiedź brzmiałaby „nie”, mogłabym stać się bardziej podejrzliwa. W tym wypadku... jestem raczej bardziej podejrzliwa.
   – A według ciebie jaką ona ma osobowość? – zapytał znienacka chłopak. – Na pewno już z nią gadałaś więcej razy czy co tam.
   – Przypomina mi nieco makiawelistyczną.
   Zobaczmy, co powie na to. Wariatka interesuje się psychologią, być może on też. Najgorzej tylko, jak coś źle zapamiętałam po ostatniej wycieczce w Google i strzeliłam gafę, ale to raczej wątpliwe.
   – Makiawelistyczny? Powinienem wiedzieć, co to jest?
   Noelia przyłożyła lewą dłoń do czoła, podirytowana.
   Oczywiście, najprościej było udawać, że nie ma się o niczym pojęcia, chociaż... prędzej czy później chłopak pęknie, nie ma innej opcji. Lecz aby być tego świadkiem, nastolatka musiałaby się zakumplować z Kombinatorem, co samo w sobie mogłoby wzbudzić u niego podejrzenia. Nikt normalny nie utrzymywałby kontaktu z kimś, kto ani razu nie pokazał twarzy i którego motywy pozostawały niejasne. Chyba...?
   – Najlepiej skonsultuj się z wujkiem Google. Serio, muszę już lecieć, bo niedługo wszyscy odkryją, w co się wmieszałam.
   Nie miała ochoty na wyjaśnianie, co znaczy wyraz „makiawelistyczny”. Chciała po prostu poobserwować przez chwilę niebo i posłuchać muzyki, jakże pomocnej w odbudowywaniu nowego mentalnego uniwersum.
   Rozłączyła się akurat w momencie, w którym do jej nogi doskoczył pies – owczarek niemiecki długowłosy o imieniu Mirastel.
   – Wyczułeś odpowiedni moment, co? – Schyliła się, by pogłaskać owczarka, który, jak się okazało, przyniósł ze sobą kość. – Szkoda, że jesteś tylko psem, Mirastel, i nie zrozumiałbyś niczego, co chcę ci powiedzieć. Nawet nie wiesz, od której gwiazdy wzięło się twoje imię.
   Noelia miała w zwyczaju mówić do różnych zwierząt, w szczególności do Mirastela.
   Odepchnęła nieco psa, lecz ten nie zamierzał tak łatwo się poddać. Wypuścił z zębów kość, by skoczyć na blondynkę. Fragment bluzki w okolicach biustu zabarwił się na brąz. Mało brakowało, a plecy nastolatki zostałyby wysłane na twardy grunt, razem ze smartfonem, dla którego stworzenie na pewno w ekspresowym tempie znalazłoby zastosowanie.
   – Co, chcesz posłuchać mojego narzekania? – spytała niechcące się oddalić zwierzę. – A może po prostu chcesz mi podokuczać? Jesteś zmienny jak twoje imię.
   Ciszę przeciął nienaturalny złowieszczy śpiew, przypominający odrobinę kościelny. Świetnie, komuś zachciało się o tej porze dzwonić – i najpewniej tym kimś nie był ani Kombinator, ani Maciek. Kombinatorowi nie zależało. Sprawiał wrażenie człowieka, który jeżeli nie potrafi czegoś wykonać, nie zawraca sobie czterech liter wydzwanianiem, a kiedy zajdzie konieczność poinformowania o czymś blondynki, najzwyczajniej w świecie wyśle wiadomość. Maciek o tej porze na pewno spał. We śnie raczej nie przypomniałoby mu się, że za dnia zapomniał przekazać Noelii istotne wieści. Nawet jeśli, prędzej zapisałby je na kartce i połączył się z dziewczyną rano.
   Zerknęła na ekran smartfona. Podświetlone na jasnoniebiesko litery układały się w imię „Agnieszka”.
   Zegar umieszczony w prawym górnym rogu wyświetlał dwudziestą trzecią dwadzieścia.
   Co było aż tak ważne, że ta plotkara nagle postanowiła do niej zadzwonić?
   Jasnowłosa odebrała.
   – Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, która jest godzina?! – ryknęła, zapominając, że nie znajduje się na bezludnej wyspie. – Ja tu próbuję spać, a ty mnie Elendem katujesz.
   – Elendem? – Agnieszka brzmiała na zbitą z tropu. – To ci od bursztynowego księżyca? Puszczałaś coś kiedyś, ale nie pamiętam za dobrze, moja wina, moja bardzo wielka wina.
   Jak na kogoś cierpiącego na chroniczną sklerozę i nienawiść do nauki całkiem dobrze pamiętasz – zadrwiła w myślach Noelia, znowu odpychając od siebie Mirastela. Jak na złość, im częściej odpychała owczarka niemieckiego, ten skakał na nią z większym impetem.
   – Tak, dobrze pamiętasz. To jaki jest powód nękania mnie o tej porze?
   – Ee... nie wiem, jak to ująć – zaczęła niepewnie szatynka. – Widziałam w internecie przed chwilą bardzo dziwny filmik... Słyszałaś o tym ostatnim porwaniu, nie? Nie było żadnych podejrzanych, a nagle bum i w sieci ląduje nagranie, na którym ktoś zamaskowany i pomocnik ciągną jakąś blondynkę do jakiegoś... pomieszczenia chyba. Wydaje mi się, że to ta porwana sprzed kilku dni. Musisz to zobaczyć, zanim na stałe ktoś to zdejmie.
   Noelia wpatrywała się w ekran smartfona, zszokowana. Jaki filmik? Czyżby Agnieszka coś podejrzewała? Czyżby wymyśliła historyjkę, a potem zadzwoniła do Noelii wyłącznie po to, by sprawdzić, jak zareaguje? Jeśli tak, blondynka musiała przyznać, że dziewczyna źle się do tego zabrała. Owszem, podczas rozmowy telefonicznej dało się wykryć zmianę głosu, jednak ta mogła wynikać z różnych czynników – jak choćby obecności imprezujących sąsiadów, łaszącego się psa, czy zwykłego zaskoczenia nie muszącego wcale oznaczać przyznania się do winy. Istniała możliwość, że nastolatka przeraziła się prawdopodobnym wynikiem konfrontacji i dlatego zdecydowała się na załatwienie sprawy telefonicznie. Tylko po co w ogóle to robić? Nie lepiej zgłosić się na policję, nie powiadamiając o niczym podejrzanego? Chyba że dokładnie to zrobiła, a teraz odczuwała wyrzuty sumienia? Nie, niemożliwe. Noelia nie nazwałaby Agnieszki dobrą znajomą czy przyjaciółką i vice versa.
   A co, jeśli filmik istniał naprawdę? W takim razie, skąd się wziął? Pomimo podobieństw, nie mogłoby to być nagranie przedstawiające ją i Kombinatora, ponieważ w pobliżu nie zamontowano żadnych kamer. Ewentualnie ktoś mógł podążać za nimi i nagrywać wszystko z ukrycia. Kto i po co miałby to robić? Znajomi Kamili? Nie, Noelia wątpiła, by wiele osób kwapiło się do pomocy tej wariatce, może ktoś tak samo stuknięty jak ona, lecz prawdopodobieństwo zajścia czegoś takiego było zbyt niskie. Wystarczyło, że Kombinator oraz jego kumple byli trochę nienormalni. Dlaczego tych nienormalnych miałoby się nagle wylęgnąć aż tylu? To nie łączące się w stada ptaki. A co ze znajomymi Kombinatora? Ale czy oni chcieliby w ogóle wplątać w kłopoty swojego kompana? I kim byli Miś i Klajster? Wątpiła jednak, by chłopaków było stać na wywinięcie takiego numeru dla żartów. Chyba że był dla żartów tylko początkowo, a później do nich dotarło, że są świadkami „zbrodni”.
   A co, jeśli to przypadek? Jeśli ktoś nakręcił tamtego faceta, który mimo zabicia dwóch młodych dziewcząt oraz handlowania narkotykami, został uniewinniony? Mógł przecież, czując, że kara go nigdy nie dosięgnie, wybrać na swoją ofiarę następną osobę, która akurat miała blond włosy.
   Nie, dopóki nie dowie się, co dokładnie przedstawia filmik, nie będzie panikowała. Powinna udawać zadowoloną, że policja wreszcie ujmie sprawcę morderstw albo chociaż wyrazić zwątpienie w swoje bezpieczeństwo. Mogłaby skłamać, że boi się wyjść z domu. Byłaby to idealna wymówka, skoro nie zamierzała pojawić się następnego dnia w szkole. Tylko jak wyjaśnić wagary, gdyby została złapana?
   – Myślisz, że zabił ją ten facet, którego ostatnio uniewinniono?
   Mirastel ponowił atak.
   – Mirastel – rzuciła szybko Noelia – następnym razem nie wpuszczę cię do domu.
   – Masz psa w domu? – podchwyciła Agnieszka. – Ciekawe imię, nie słyszałam jeszcze takiego.
   – Może dlatego, że wielu ludzi nie jest zbytnio kreatywnych w wymyślaniu nazw dla swoich pupili? Tak czy owak, nawet gdyby byli, ryzyko nadania identycznego imienia i tak byłoby znikome, chociaż nie wątpię, że gdzieś na planecie Ziemia istnieje zwierzę o imieniu „Mirastel” lub „Miraset”, czyli tak, jak chciałam go nazwać na początku. – Noelia schyliła się, by podrapać psa za uszami, co wreszcie zniechęciło go do skoków. – No, a co sądzisz o tamtym facecie? Czy zaginięcie dziewczyny mogłoby być jego sprawką? Czy mógłby ją zabić?
   – Szczerze... – zawahała się rozmówczyni – to nie wiem. Mógł to być każdy. Poza tym, jakoś nie sądzę, żeby od razu planował kogoś zabić.
   – No tak – przyznała Noelia. – Nie słyszałam, by skarżył się na głosy każące mu zabijać, które by mogły świadczyć o niepoczytalności i wpływać na brak odstępów między zbrodniami pomimo świadomości, że zaraz go złapią. Inteligentny człowiek by poczekał, aż zamieszanie ucichnie.
   – Prawdopodobnie. Profesor doszła do podobnych wniosków, więc coś w tym musi być. Co dziwne, wspominała, że ma pewne przypuszczenia co do tego, kim może być jedna z osób z tej dwójki. Jest pewna, że zna ją osobiście...
   Przymiotnik „bystry” bez wątpienia trafnie opisywał Katarzynę – dziewczynę, której nadano przezwisko Profesor – niemniej Noelii trudno było uwierzyć, że szatynka zdołała wywnioskować, kto stał za zaginięciem Kamili. Nie miała żadnych dowodów. Nie umiałaby dotrzeć we właściwe miejsce o właściwym czasie. Ponadto, nigdy nie odwiedziła domu Noelii. Jeśli zmieniłaby zdanie akurat w dniu schwytania niedoszłej zabójczyni, byłby to bardzo dziwny zbieg okoliczności. Mogłoby to także oznaczać, że powiadomiono ją o przebiegu przyszłych wydarzeń. Kto wie, może sama Kamila powiedziała jej o swoim wiekopomnym planie odesłania Noelii na inny świat, a dziewczyna wywnioskowała resztę. Tylko skoro tak, dlaczego wygadała się Agnieszce? Chociaż nie do końca – przyznała jasnowłosa. – Nie powiedziała, kto jest jej podejrzanym. Chyba że właśnie powiedziała, ale Agnieszka to zataiła. A może Agnieszka wszystko zmyśliła, żeby mnie wywabić? Zadzwonię do Profesor i się dowiem. A może lepiej tego nie robić? Jeśli ta idiotka dowie się, że do niej zadzwoniłam, to może zaprowadzić ją do pewnej konkluzji.
   – A wiesz, co wymyślił Piotrek? – ciągnęła Agnieszka, najwyraźniej nie uważając za dziwne to, że nikt jej nie przerywa. – Zaczęło się od tego, że Grzybek powiedział w obecności Profesor i kilku innych osób – nie zapraszaliśmy cię, bo wiedzieliśmy, że i tak nie przyjdziesz – że to wina Pałki, no wiesz, Karoliny, bo ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie...
   Noelia poczuła, jak na jej usta wślizguje się blady uśmiech. Wreszcie ktoś pamiętał o tym, by nie zapraszać jej na imprezy. Oczywiście, gdyby było inaczej, po prostu odmówiłaby, jak zwykle tłumacząc, że gdzie za dużo ludzi, tam za duże zamieszanie, a w konsekwencji nie da się sam na sam z drugą osobą wymienić choćby paroma zdaniami. Chyba że Agnieszka celowo jej nie zaprosiła? Ale chwila! Może impreza nie została przez nią zorganizowana, tylko na przykład przez Kaśkę Krakowiak, która pamiętałaby o takich detalach jak niechęć blondynki do uczęszczania na wszelkiego rodzaju zabawy.
   – Profesor – kontynuowała plotkara – zaczęła się dziwnie śmiać, to w ogóle nie w jej stylu, a potem powiedziała, że to... że zachowanie Pałki odbiega od normy, o niczym nie świadczy. Powiedziała też, że jest przekonana, że to o niczym innym nie świadczy, jak o złamanym sercu. Piotrek zaczął nawijać coś o tym, że Pałka nie może mieć złamanego serca, bo jest na to za głupia, a tym bardziej Profesor nie powinna w to wierzyć, a jeżeli wierzy, to albo kłamie, bo sama stoi za porwaniem zaginionej, albo wie o winie Pałki i ją broni.
   – Ile osób myśli, że Profesor stoi za porwaniem?
   Jeśli dużo, może mimo wszystko Noelii uda się porozumieć z dziewczyną oraz dowiedzieć coś więcej na temat jej podejrzeń. Jeśli wielu widzi w niej winną, łatwiej będzie także ją przekonać do niewinności osoby figurującej na wykonanej przez nią liście winnych.
   – Niewiele – odpowiedziała pospiesznie rozmówczyni. – Do tej pory przynajmniej. Zresztą, nawet gdyby było inaczej, Profesor wie, że ma się tym nie przejmować. Nie mają dowodów, to tylko bzdury wyssane z palca dla rozrywki.
   – Jeszcze ktoś jest podejrzany?
   Na chwilę zapadła doskwierająca cisza, jakby do rozmówczyni dotarł właśnie zbitek informacji ogłaszający, że następnego dnia o siódmej rano jej dom zdewastuje tornado.
   – Tak – odezwała się niepewnie Agnieszka. – Ty.
   Wskazówki zegara już się nie poruszyły, nowotwór niszczący wątrobę przestał się namnażać, biegnący lis zamienił się w skamieniałość z nieruchomą łapą zawieszoną nad wycinkiem bujnej trawy, a oddalające się od siebie galaktyki obraziły się śmiertelnie na ekspansję. Czas napotkał czerwone światło. Nie mógł ruszyć. Utknął. Musiał poczekać, aż pociąg mignie mu przed oczyma.
   Nie, nikt nie mógł jej podejrzewać. Rówieśnicy nie należeli do najinteligentniejszych istot na Ziemi. Nie posiadali żadnych dowodów. Nie istniało nic, na czego podstawie ktoś mógł wskazać ją za winną. Równie dobrze można by obarczyć odpowiedzialnością za zbrodnię każdą istotę na błękitnej planecie, włączając do mieszanki nienarodzone dzieci oraz nieboszczyków zmarłych przed wieloma latami. Nikt nie miał prawa oskarżać JEJ.
   – Dlaczego ja?
   – Ta zaginiona... – zaczęła plotkara. – Wiemy, jak ona wygląda. Jej zdjęcie podano we wiadomościach. Miał się zgłosić ten, kto wie, gdzie dziewczyna może być, albo ten, kto ją widział w dniu porwania. Nie wiem, jak to powiedzieć... ona jest bardzo podobna do ciebie, więc jest prawdopodobne, że odkryłaś, kim ona jest i postanowiłaś się zemścić.
   Kombinator skłamał. Ten skurwysyn skłamał! Wiedział doskonale, że zarówno ona, jak i Kamila mogą się pochwalić podobną aparycją. Dlaczego to zrobił? Niech tylko go dorwie! Wydrze od niego prawdę, choćby miało to spowodować trzęsienie ziemi. Bydlak na pewno współpracował z wariatką! Na pewno!
   Noelia postanowiła się zemścić? Jasne, bo nie mogło być na odwrót! Bo nikomu nie przyszło do głowy, że to Kamila mogła zastawić sidła! Coś podpowiadało szarookiej, że uwięziona marzyła o uzyskaniu takiego efektu; ofiara najpierw straciłaby zaufanie do każdej osoby w swoim otoczeniu, bez wyjątku, przestałaby ufać nawet tym, których uważała za przyjaciół, jeśli takowych posiadała, wszystko uważałaby za paradę kłamstw, a jedynym stworzeniem uchylającym się od powielania wzorca stałaby się ona – ta, która ją w to wszystko wpędziła. Sprawiłaby, że choć człowieka nie otaczały więzienne kraty, ten czułby się jak na uwięzi. A potem uczyniłaby siebie wybawicielem – bo przecież to ona była zawsze szczera, nigdy nie podjęłaby się łgania, a jeśli już, milczenie nie kwalifikowało się jako łganie.
   Noelia poczuła wypływający na usta grymas zdegustowania.
   – To zbiorowisko to twoja sprawka? – z trudem zmusiła się do nie podnoszenia głosu. – Zwołałaś ich wszystkich, żeby gadali na mój temat? To dlatego mnie nie zaprosiłaś.
   – Nie bądź śmieszna, Noel. Profesor i Pałka są tak samo podejrzane jak ty. Nie powinnaś się tym tak przejmować. Założę się, że się teraz z tego śmieją. Mam was umówić we trójkę, żebyś się wyluzowała?
   Nie powinnaś się tym przejmować? Cóż, przynajmniej te słowa dają mi pewność, że nic na mnie nie ma. Ale i tak... po cholerę to zbiorowisko? Na pewno nie świętowali niczyich urodzin.
   Noelia powoli nabrała powietrza w płuca, po czym wykonała wydech, usiłując się uspokoić. Nie mogła ujawnić, w jak wielkim stopniu dokuczały jej gniew i panika.
   – Mimo wszystko, nie zaprzeczasz, że to ty zorganizowałaś „imprezę”.
   – To nie byłam ja, tylko Krakowiak.
   Krakowiak? Jasne, pewnie mówisz tak dlatego, że dobrze ją znasz i spodziewasz się, że doszłabym do podobnego wniosku. Masz szczęście. Na razie nic nie jestem w stanie ci udowodnić.
   – Czyje były wczoraj urodziny?
   – No... Krakowiak przecież. Przecież mówiłam ci przed chwilą, że to ona stoi za organizacją tej... zabawy... Wiem chyba już, dlaczego o to pytasz, ale mnie nie nabierzesz.
   – Kto tu mówi o nabieraniu kogokolwiek – mruknęła Noelia. – Chciałam tylko wiedzieć, dlaczego w ogóle tę „zabawę” zorganizowano. Środa wydaje mi się nieodpowiednim dniem, zwłaszcza że Profesor wspominała o dzisiejszym sprawdzianie z matmy.
   I tu ją miała!
   Blondynka na powrót spojrzała w niebo. Z przykrością zauważyła, że było takie samo, przykryte grubą warstwą ołowianych chmur, niechętnych do poruszenia się choćby o milimetr i ujawnienia rąbka naturalnego satelity czy światła docierającego od odległej gwiazdy. Skierowała wzrok w lewo, w stronę domu. Nigdzie nie paliło się światło, jak przypuszczała. Drudzy rodzice prawdopodobnie nie podejrzewali, że ich przybrana córka opuściła budynek, a teraz wpatrywała się w niego z zewnątrz ze smartfonem przy uchu.
   – Ta, bo matencha jest najważniejszym przedmiotem – zadrwiła rozmówczyni. – Słuchaj, Noel, głównym wyzwaniem w szkole jest przetrwać zamiast się męczyć i tyrać jak wół.
   – Owszem, ale do matematyki akurat przyłożyć się trzeba. Na innych przedmiotach możesz mieć ledwo dwóje, ale do matematyki musisz przysiąść, żeby zdać maturę na chociaż minimum trzydzieści procent. Z innych przedmiotów nie jest tak trudno zdać. Popatrz na to w ten sposób, jeśli zdasz matmę, ale nie zdasz innego przedmiotu, łatwiej będzie ci się do niego nauczyć na poprawkę i w efekcie zyskasz więcej czasu, zaś jeśli zdasz wszystko inne oprócz matmy, do jej nauki będziesz musiała zużyć więcej czasu, a w prezencie mniej będzie ci się chciało to robić, nie wspominając o wzroście ilości kortyzolu odpowiedzialnego za stres. Jak wiadomo, stres wpływa na wiele rzeczy.
   Agnieszka jęknęła.
   – Ty to akurat tę metodę możesz stosować, bo masz zainteresowania pokrywające się z zapotrzebowaniami maturalnymi.
   – Może tak, może nie. Kończmy już tę rozmowę. Jest późno, a poza tym, chcę obejrzeć ten filmik, zanim go zdejmą. Tylko nie zapomnij wysłać mi link.
   – Oczywiście – odparła plotkara, nieco zawiedziona. – Do jutra.
   Agnieszka naprawdę chciała kontynuować rozmowę pomimo świadomości, że po drugiej stronie jest osoba podejrzewana o porwanie? Z drugiej strony, dziewczyna sprawiała wrażenie kogoś, kto nie wierzy w takie rzeczy. Inaczej nie kazałaby się nie przejmować tego typu oskarżeniami. Chyba że to wszystko było kłamstwem.
   Agnieszka jeszcze się nie rozłączyła. Czekała na oficjalne pożegnanie czy może nie chciało jej się męczyć palca?
   – Do jutra – wycedziła Noelia, po czym sama ułożyła palec wskazujący na odpowiednim wycinku ekranu.
   Pierwsze, co przykuło uwagę dziewczyny, to nieopuszczający jej boku owczarek niemiecki.
   Od kiedy owczarki niemieckie są takie towarzyskie? Takiego zachowania prędzej oczekiwałabym od buldoga francuskiego.
   – Widzisz, Mirastel, te tereny są tak zanieczyszczone światłem, że nawet przy ciemnym niebie widzę cię całkiem dobrze. Ludzie to zawsze oświetlą wszystko, co się da. Nawet kiedy noc jest bezchmurna, obserwacja gwiazd może sprawiać problemy.
   Dbając, by zwierzę niczego nie zauważyło, podniosła z ziemi zawieruszoną kość. Cisnęła ją w lewo, w przestrzeń znajdującą się obok kojca.
   – Jesteś moją osobistą gwiazdą – zażartowała. – To z tego powodu widzę wszystko wokół.



Przetłumaczony fragment, w którym wspomniano gwiazdozbiór Oriona, pochodzi z piosenki Indili o tytule Boîte En Argent (jestem pewna, że wielu z Was kojarzy Indilę), dzwonek Noelii to nic innego jak Elend – In The Embrasure of Heaven, a bursztynowy księżyc odnosi się do utworu The Moon of Amber (także Elend).
Imię Mirastel pochodzi od gwiazdy zmiennej zwanej Mirą Ceti. Mira = cudowna + stella = gwiazda – la = Mirastel. Jednocześnie nieoczywista, a z drugiej strony nie jest mało znana. Została nazwana cudowną dlatego, że cyklicznie jaśnieje i słabnie. Szczegóły jej dotyczące możecie przeczytać w internecie.
Tak sobie myślę... może lepiej nadać psu na imię Mirastel, tak jak główna bohaterka Więźnia niewinności, zamiast Nero czy Dafodil? Albo może Mirastro? Co o tym sądzicie? I tak dużo czasu minie zanim będziemy mieli nowego psa, no ale zastanawiać się wolno. (Nie wolno, tylko szybko! ;P)
To jeden z najdziwniejszych filmików, jakie dane było mi obejrzeć: https://www.youtube.com/watch?v=gVcZ9t_bnWE
Jest... hmmm... dziwnie uspokajający.
A oto drugi filmik, który także jest bardzo interesujący: https://www.youtube.com/watch?v=erh2ngRZxs0&t=3s

A sądziłam, że lodożerca jest wyrazem podobnym do ludożercy wyłącznie dzięki przypadkowi. ;D I nie myślcie, że nie słyszę tej pauzy.

środa, 7 czerwca 2017

ROZDZIAŁ VII

   – Być może. – Niedoszła morderczyni pokiwała głową w zrozumieniu. Spojrzała w dół z lekceważeniem. – Jednak nie dodawałabym tego „nic więcej”. Zastanawia mnie, czy znalazłaś odpowiedź na to, dlaczego nikt by ci nie uwierzył, gdybyś powiedziała, że nie da się poprawić pamięci za pomocą metody zwanej rzymskim pokojem na tyle szybko, aby pamięć początkujących nie była słaba. Więc?
   To nie w stylu wariatki... pozwolić komuś wygrać. Dziwne, że nie obchodzi jej to, czy ostateczna gra zakończy się życiem czy śmiercią. Tak... tylko ona nie jest mną, jest na biegunie północnym, zaś ja na południowym. Może widzi życie tam, gdzie ja widzę śmierć... albo tak jej się nudzi, że ma w dupie finał.
   Blondynka z zawiązanymi nadgarstkami i nogami w pobliżu kostek wpatrywała się w beton – początkowo z lekceważeniem, lecz po paru sekundach to lekceważenie postanowiło przeobrazić się w zadowolenie.
   – Nie – odparła ozięble Noelia. – Nie znalazłam odpowiedzi i szczerze mówiąc, nie chce mi się jej szukać.
   Było to dalekie od prawdy, lecz nie zamierzała przyznać się do tego, że obchodziło ją, co uwięziona miała do powiedzenia na temat jej wysławiania się, ani do tego, że wysłała Wiktorii wiadomość z prośbą o analizę wypowiedzi.
   – Trochę późno odpowiedziałaś – rzekła Kamila w zamyśleniu. – Co oznacza, że zastanawiałaś się nad tym, co odpowiedzieć, a to prowadzi do dość oczywistej konkluzji. Przemyślałaś sprawę i postanowiłaś ukryć wnioski tak, bym nie wywnioskowała, że się czegoś domyśliłaś.
   – Sprytne – przyznała Noelia, kładąc jeszcze ociekającą krwią dłoń na czarnych legginsach. Zbyt skupiona na dziewczynie siedzącej w pobliżu okna, nie była do końca świadoma tego, co robi. – Ale nie mam pojęcia, dlaczego miałybyśmy grać w tak durne gry.
   – Żadna gra nie jest durna, jeśli prowadzi do celu.
   Uwięziona znajdowała się we własnym świecie. W nim nieprzyjemna rozmowa równoznaczna była z mrowieniem w palcach, nieludzkie warunki z delikatnym ukłuciem strzykawki, a groźba śmierci ze stłuczeniem kolana.
   – Jaki jest cel twojej gry? – spytała Noelia.
   – Gdybym ci go zdradziła – zaczęła Kamila, po czym starannie oblizała dolną wargę – to już nie byłaby gra.
   Dziewczyna była spragniona i potrzebowała czegoś do jedzenia. Nie zniżyłaby się do błagania, zatem próbowała dostać to, czego chciała, innym sposobem.
   Myślisz, że takie gesty skłonią mnie do czegokolwiek? Zapomnij. Możesz napić się jutro. Kombinator nie pozwolił mi cię zabić, ale to nie oznacza, że nie mogę cię torturować.
   – Zatem dam ci jeszcze jedną szansę – ciągnęła niedoszła zabójczyni. – Dostaniesz dodatkowy czas, żeby zastanowić się nad odpowiedzią na tamto pytanie.
   – Mówię prawdę. Nie chcę się zastanawiać nad tego typu rzeczami.
   Kamila pokręciła kilka razy głową, jak pies po kąpaniu zrzucający z siebie wodę.
   – Szkoda – mruknęła. – Wtedy zrozumiałabyś popełniany właśnie błąd.
   – Każdy popełnia błędy – wycedziła Noelia. – Dzięki nim się uczymy.
   – Niektórych błędów wcale nie musisz popełniać, żeby się czegoś nauczyć. Wystarczy obserwacja właściwych osób. Czasami wystarczą tylko rady.
   – A za kogo ty się uważasz, żeby mi radzić? – zaatakowała Noelia, nadal nieświadoma, że zraniona dłoń dotyka jej legginsów. Z płata skóry w okolicach kciuka wypływała krew. Uparcie, bez końca. – Gdybyś była taka mądra, jaką grasz, nie byłoby cię tutaj.
   – Wręcz przeciwnie. – Wróg uśmiechnął się, niezbyt dokładnie, niemniej tego grymasu nie dało się pomylić z jakimkolwiek innym. – To moja inteligencja sprawiła, że znalazłam się akurat tu, a nie gdzie indziej.
   Noelia otworzyła usta w zdumieniu, by po dwóch sekundach je zamknąć, nie wydawszy z siebie ani jednego dźwięku.
   – Chcesz powiedzieć, że zaplanowałaś bycie więzioną, a nawet miejsce więzienia? – spytała z niedowierzaniem wymieszanym z drwiną. – Tylko z kim mogłaś to zaplanować? – Jasnowłosa ostentacyjnie popukała się po brodzie. – Z nikim, bo ze mną na pewno nie.
   – Co utwierdza cię w przekonaniu, że nie mógł to być twój towarzysz?
   Cholera jasna. To mogła być prawda. Przecież już wcześniej rozważała, że Kombinator i Kamila mogą się znać. Kombinator zaprzeczył. Mógł kłamać. Może Maciek by nie napuścił na nią kogoś, kto życzy jej źle, lecz Maciek nie miał kontroli nad tym, kogo znał Kombinator. Właściwie przyjaciel nawet ostrzegał przed nim, ale jasnowłosa go nie posłuchała. No ale co innego miała robić? Nie znała nikogo, kto byłby w stanie jej pomóc i przy tym nie pisnąłby słówkiem policji. Może należało przekonać jedną ze znajomych do udania się w miejsce zamieszkania wariatki bez wyjawienia celu podróży. Znajoma nie odmówiłaby pomocy, jeśli Noelia czymś by ją zastraszyła. Kiedy Kamila zostałaby schwytana, nastolatka nie miałaby problemu z zabiciem jej, a potem pozbyłaby się znajomej, która i tak niewiele dla niej znaczyła. Nie, gdyby to była znajoma, dręczyłyby ją wyrzuty sumienia. Nie mogłaby normalnie funkcjonować. Łatwo byłoby odnaleźć winnego.
   – On? – Noelia przełknęła ślinę. – Szansa jest znikoma.
   – Czyli nic nie wiesz.
   – Nie wiem czego?
   – Powiedziałaś, że szansa jest znikoma, czyli towarzyszy ci cień niepewności. – Kamila pokiwała głową, jakby to pomagało jej w przekonywaniu umysłu o słuszności swoich stwierdzeń. – Gdyby było inaczej, powiedziałabyś, że nie ma szans na to, by twój kolega ze mną współpracował.
   – Nigdy nie jesteśmy czegoś stuprocentowo pewni.
   Niespodziewanie uwięziona zrezygnowała z wpatrywania się w betonową podłogę i udawania, że nie obchodzi jej nic prócz swojego wyimaginowanego świata. Podniosła wzrok. Nakierowała go dokładnie na to miejsce, w którym przeszywanie spojrzeniem odnosiło największy sukces – na jasnoszare oczy Noelii.
   – A czy istnieje możliwość posiadania przez ciebie innego nazwiska?
   Potworne oczy patrzyły intensywnie, ani razu nie mrugając. Zdawały się docierać do wnętrza człowieka, skąd łapskami wyrywały prawdę, jednocześnie zmuszając do powiedzenia czegoś z tą prawdą sprzecznego, by móc go w jakiś sposób ukarać.
   – Oczywiście, że nie – rzekła Noelia, niezbyt pewna siebie. Już czekała na werdykt; zawahała się, więc kłamie. Nic takiego jednakże nie nastąpiło, dlatego odważyła się dodać: – Nie da się ukryć przed dzieckiem czegoś takiego jak nazwisko.
   Wróg uśmiechnął się nieznacznie, w końcu zmuszony do mrugania.
   – To akurat da się ukryć.
   – Kiepski żart.
   – Twoi rodzice mogli przecież zmienić nazwisko po twoich narodzinach.
   Noelia uniosła brwi w niedowierzaniu.
   – I co? – warknęła. – Może jeszcze adoptować z tym zmienionym nazwiskiem?
   Gwałtowna reakcja Noelii ani trochę nie poruszyła Kamili – blondynka wciąż usiłowała przebić przeciwniczkę spojrzeniem. Szarooka szukała w jej oczach tej znajomej mgły sprzed kilku minut. Nie znalazła jej. Ewidentnie mgła była wytworem wyobraźni – stworzeniem wykreowanym dzięki fałszywej pewności siebie. Jasnowłosa musiała na nowo uwierzyć, że to, co działo się wokół, to jedynie sen zaprojektowany przez podświadomość znającą lęki posiadacza i wytwarzającą odpowiednie obrazy.
   A to nie sen? Wygląda zbyt fałszywie, aby być prawdą.
   – A dlaczego mieliby tego nie zrobić? – usłyszała.
   Głos był dziwnie spokojny, nadal niepozbawiony zamyślenia, jednak jednocześnie ostry, wżynający się w żyły.
   – A dlaczego mieliby to zrobić? To idiotyczne.
   – Nie, jeśli chcieliby cię przed czymś ochronić.
   Gdzie jesteś, mgło? 
   – Nawet jeśli, nie zrobiliby tego od razu, a po drugie, zmiana nazwiska niewiele daje. Wątpię, by komuś chciało się tak ryzykować.
   Kamila pokiwała głową. Na twarzy dziewczyny na nowo odmalował się wyraz nieobecności. Tak samo jak przedtem, zniżyła wzrok. Wpatrywała się w beton, na którym nie znajdowało się nic prócz szarości.
   – Nie doceniasz miłości rodziców do dzieci – powiedziała półszeptem.
   – A ty doceniasz? – Noelia nie zamierzała puścić tego płazem. – Gdybyś doceniała, nie próbowałabyś odebrać mnie moim rodzicom.
   Spodziewała się ataku, zmiany tematu, jakiejś osobliwej uwagi – czegokolwiek. Nic z tego. Wargi dziewczyny wykrzywiły się, formując odwrócony uśmiech. Zmrużyła nieufnie oczy, nie pozostawiając żadnych śladów obojętności. Stała się kimś innym – istotą, której należało współczuć i której wielu wrażliwych rzuciłoby się na pomoc – niemniej Noelia czuła, że to fasada. Nie była jeszcze tylko pewna, do czego służy.
   – Dlaczego milczysz?  – zapytała dzielnie, odzyskawszy mgłę. Co prawda, nie była to mgła, którą mogła zobaczyć chociażby oczyma wyobraźni. Była to niewidoczna mgła dostarczająca uczucie przyszłego zwycięstwa. Nie miała pojęcia, dlaczego poczuła je tak nagle, ale była za nie losowi wdzięczna. – Zatkało kakao? Zastanawiam się, dlaczego nie powinnam cię zabić... tu i teraz. Pozbyłabym się wszystkich kłopotów.
   Do diabła z Kombinatorem! Jaką szkodę by jej wyrządził, gdyby nie dotrzymała danej mu obietnicy? Nie mógł niczego zgłosić policji. To jedynie uczyniłoby go bardziej podejrzanym, szczególnie kiedy jego kumple zostaliby zaproszeni na przesłuchanie. Wiedzieli o ruderze w Trzebnicy, a Noelia w razie czego planowała to wykorzystać. Nie ma opcji, by wszyscy go kryli. Nie, kiedy przekaże im paskudne historyjki wymyślone na temat chłopaka w kominiarce. Maciek musiał znać kumpli Kombinatora, co do tego nie było wątpliwości. Na pewno wiedział też coś, czym można zastraszyć samego Kombinatora. Tak, jak tylko wydostanie się z łap wariatki, zadzwoni do przyjaciela i poprosi go o spotkanie. Czy czasem już go o to nie prosiła w trakcie pierwszej rozmowy telefonicznej, jako termin proponując bodajże piątek?
   – Nie zrobisz tego – zdecydowany, aczkolwiek pełen spokoju głos przywołał umysł Noelii do rzeczywistości. Trochę za późno, jak gdyby wariatka wyczekiwała optymalnego momentu. – Nie zrobisz tego – powtórzyła Kamila, chcąc się upewnić, że została wysłuchana. – Nie, zanim mnie nie upokorzysz i nie pozbawisz resztek ludzkiej natury. Dopiero wtedy poczujesz, że twoje morderstwo jest usprawiedliwione.
   – Nie dość, że uwięziona, to jeszcze bezczelnie kłamie. – Noelia pozwoliła, by te słowa nasiąknęły jadem. Tak, tak, niech jad dosięgnie języka wariatki, niech do niego przeniknie, niech suka posmakuje śmierci, niech ją zatruje i przepoczwarzy w byt nieprzypominający niczego żywego. Być może to doświadczenie posłuży za bodziec do wystrzegania się tak bezczelnych kłamstw. – Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, byłaś przekonana, że cię nie zabiję. Nigdy.
   – Wcale nie – zaoponowała Kamila. – Byłam przekonana, że wtedy mnie nie zabijesz. Kiedy się zmienisz pod wpływem obecnych wydarzeń, przestanę kwestionować twoją zdolność do zabijania. – Przerwała na chwilę, jakby usiłując zebrać myśli. – Wiesz co? Przypomniał mi się pewien eksperyment.
   Eksperyment?
   – W którym z niewiniątek zrobiono zabójców? – Noelia położyła stopę na grząskim gruncie. – To mi raczej przypomina pewien serial.
   – Nie wątpię w to, że jest ciekawy, ale prawdziwa psychika ludzka interesuje mnie bardziej.
   – Bo możesz na nią wpływać?
   Jednak nie będzie tak źle. Jakoś przeciśnie się przez tę konwersację, a Kamila być może zapomni o tym eksperymencie.
   Nie, nie zapomni. Jeśli zapomni, to dlatego, że udaje, nigdy naprawdę. Wykorzysta dogodną chwilę, aby zatopić w Noelii swoje macki i przyglądać się, jak dziewczyna czerwienieje ze złości.
   – I obserwować, jak zmianie ulegają – mówiła jak gdyby nigdy nic niedoszła morderczyni – moje własne zachowania, owszem. Ciebie to nie interesuje?
   – W stopniu, w jakim interesuje ciebie? Sądzę, że nie.
   Na twarzy więźnia wykwitł grymas obwieszczający, że to, co właśnie powiedziała Noelia, było tak wiarygodne jak pogłoska o zjedzeniu zatrutego świerszcza przez przypadkowego przechodnia.
   – Ja sądzę, że interesuje cię tak samo jak mnie, a ty udajesz, że nie. Zupełnie nie rozumiem, po co. Nie wykorzystałam żadnej szansy, by wpłynąć na twoją psychikę.
   – Już na nią wpłynęłaś, swoim pojawieniem się – odcięła się Noelia.
   – To sytuacja na nią wpłynęła, nie ja.
   Jak zawsze, wariatka posiadała na wszystko z góry odpowiedź – im bardziej zaawansowana na szczeblach idiotyzmu, tym lepsza, mądrzejsza i trudniej było jej zaprzeczyć, nawet jeśli miało się rację. Trzeba było jeszcze tę rację udowodnić, a gdy to okazywało się niemożliwe – bum! – każdy miał rację we własnej głowie.
   – Gdzie tu różnica? – syknęła ze złości jasnowłosa.
   Dziewczyna o ciemniejszych włosach na kilka sekund oderwała wzrok od szarości betonu, aby zlustrować przeciwnika wzrokiem.
   – Pozwolisz mi opowiedzieć o eksperymencie czy nadal zamierzasz się kłócić?
   Kłótnia była ostatnim marzeniem Noelii.
   – Proszę bardzo – zgodziła się. – Przynajmniej będę miała pewność, że nie przeprowadzasz na mnie podobnego eksperymentu.
   Kamila westchnęła w geście poddania.
   – Wygląda na to, że przeprowadzamy eksperyment na sobie nawzajem – zaczęła monotonnym głosem, jakby przygotowywała się do wygłoszenia nudnego monologu – tylko nieco inny od tego, który przeprowadził Philip Zimbardo z Craigiem Haneyem i Cutisem Banksem na terenie Stanford University.
   Ja na niej też przeprowadzam eksperyment, nie mając o tym zielonego pojęcia?
   Noelia niechętnie przyznała, że niedoszła morderczyni prawidłowo wymówiła nazwę uniwersytetu. Dziewczyna zatem dobrze znała angielski. To być może pomogłoby jej w świecie, zapewniło normalne życie – bez uganiania się za rówieśnikami oraz planowania morderstw. A co, jeśli Kamila w rzeczywistości nie zamierzała nikogo zabić, a wyłącznie podręczyć ludzi?
   Stop. To, że nastolatka poradziła sobie z wymową obcojęzycznej nazwy, nie oznaczało, że dobrze zna język.
   – Nazywam go „sztucznym więzieniem” – kontynuowała uwięziona. – To symulacja więzienia, więc taka nazwa ma sens. Brzmi też bardziej swojsko. Na początku oczywiście w prasie zostało zamieszczone ogłoszenie zapraszające osoby zainteresowane badaniami dotyczącymi realiów więziennych, a ci, którzy się zgłosili, musieli zostać poddani badaniom psychologicznym przed właściwym eksperymentem. Nie mogli wybrać przecież ludzi z kryminalną przeszłością czy problemami zdrowotnymi albo psychicznymi, chociaż jest to tak oczywiste, że nie muszę o tym mówić.
   – To trzeba było o tym nie mówić – poleciła Noelia, sadowiąc się na betonie i pozwalając, by chłód rozszedł się po jej ciele.
   Dopóki nie wyciągnęła wygodnie nóg, nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ją bolały. Odezwała się również dłoń z krwawym półksiężycem. Blondynka ułożyła ją w pozycji zmniejszającej ból, czyli wnętrzem do góry. Nie istnieje nic gorszego od dotykania rany przez materiał.
   Kamila pokręciła głową z dezaprobatą.
   – Do udziału w tym eksperymencie wybrano około dwudziestu studentów, nie pamiętam dokładnie. Mniejsza z tym. O tym, kto miał pełnić rolę strażnika, a kto więźnia, decydował rzut monetą. Nikt nie otrzymał instrukcji, jak się zachowywać. Strażnikom udzielono tylko ogólnych wskazówek. Kazano po prostu utrzymywać porządek w więzieniu, radzić sobie z więźniami w czasie prób ucieczki i tym podobne. Prawdziwi strażnicy ponoć też są niewiele lepiej przygotowani psychologicznie do wykonywania swoich zadań. Sztuczne więzienie urządzono w piwnicy Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda. Pracownie zamieniono na trzy niezbyt duże cele. W każdej z nich umieszczono trzech więźniów. W drzwiach zamontowano stalowe kraty, szafa wbudowana w ścianę służyła jako karcer. Eksperymentatorzy nie odtworzyli w szczegółach prawdziwego więzienia. Zaprojektowali odpowiednik, który miał wywołać takie same efekty psychologiczne jak w tym prawdziwym...
   Zapowiadało się na długą opowieść, w której trakcie powieki same opadają, oddając się objęciom Morfeusza – zupełnie jakby uwięziona, wiedząc o wycieńczeniu wroga, próbowała coś przemycić i zamaskować jako fakt. Tylko jaki to by miało sens, gdyby wróg zwyczajnie zapomniał większość podanych mu informacji? A może o to chodziło! Wtedy wariatka mogłaby się bronić w tej jednej ze swoich dziwnych wypowiedzi, przekonując, że skoro podała wszystkie informacje, Noelia powinna je pamiętać.
   – W pierwszym dniu eksperymentu współpracująca z badaczami policja „aresztowała” więźniów w domach – ciągnęła Kamila niezmiennym tonem – a powodem był napad z bronią w ręku lub włamanie. Później przewożono ich na posterunek, a dopiero potem do sztucznego więzienia, z zawiązanymi oczami. Pamiętam, że strażnicy dostali uniformy koloru khaki, identyczne – w zasadzie wybrali je sobie z pobliskiego sklepu militarnego – oraz pałki policyjne i specjalne czarne okulary uniemożliwiające kontakt wzrokowy...
   – Zastanawiam się, jak sami przez nie widzieli – wtrąciła Noelia.
   Kamila puściła  tę uwagę mimo uszu.
   – ... a więźniowie koszule do kolan z numerem identyfikacyjnym, po którym się do nich później zwracano, łańcuch wokół kostki u nogi przypominający o upokorzeniu i czapki zacierające różnice w długości włosów, kolorze i sposobie uczesania. Zarówno więźniowie, jak i strażnicy wyglądali tak, by nie dało się ich odróżnić. Więźniowie otrzymywali codziennie trzy niesmaczne posiłki, pozwalano im na trzy wyjścia do ubikacji, co jakiś czas odbywały się apele...
   – A co z twoim wyjściem do ubikacji? – przerwała Noelia. – Jak ty tyle wytrzymujesz?
   To niemożliwe, aby przeciętny człowiek wytrzymał tyle, co ta wariatka. Rano musiałby iść do toalety.
   – Normalnie – odparła więziona. – Niewiele wypiłam.
   – Musiałaś wypić naprawdę niewiele. Byłaś przygotowana... Co ty, u diabła, planujesz?
   Kamila prychnęła.
   – Naprawdę sądzisz, że ci powiem? I tak byś mi nie uwierzyła.
   Twierdzi tak, bo mnie przejrzała, czy uważa, że każdy na moim miejscu by jej nie uwierzył? Jeśli to pierwsze, mam ostro przechlapane... albo i nie. Co z tego, że mnie przejrzała, skoro nic nie może z tym fantem zrobić? Czym jest mi w stanie zaszkodzić? To, że przegram kilka słownych sprzeczek, wcale nie znaczy, że nie wygram ostatecznie.
   Poczuła na skórze milion miniaturowych wiertarek, każda zniekształcająca skórę w innym miejscu. To, że niektóre fragmenty zostały osłonięte ubraniem, nie liczyło się. Maleńkie potwory usuwały materiał bez przeszkód, pozostawiając po sobie miliony tycich ran. Ale ona im na to więcej nie pozwoli.
   Uniosła głowę, unikając oczu Kamili. Skupiła wzrok na jej nosie, całkiem udatnie udając, że spoczywa gdzie indziej.
   – I właśnie dlatego bym wywnioskowała, że możesz mówić prawdę – wygłosiła.
   – Istnieje większe prawdopodobieństwo, że wymyśliłabym coś szalonego, co wzięłabyś za prawdę.
   – Za prawdę? – powtórzyła Noelia, rozszerzywszy oczy. Co prawda, nie była aż tak zdziwiona słowami niedoszłej zabójczyni, lecz nie zaszkodziło zagrać w grę. – Sprawdziłabym, czy to prawda, ale nie uwierzyłabym ślepo w twoje słowa.
   Przeciwnik nieznacznie się uśmiechnął.
   – Na to liczę.
   – Kiedyś będziesz musiała się wysikać.
   O tak, mam cię.
   Jakby na złość, uwięziona ponownie obdarzyła antagonistę uśmiechem – i już nie tak nieznacznym. Ten był nie do przeoczenia. Nie przypominał jednak w niczym uśmiechu radości, tak naprawdę nie przypominał niczego znajomego. To był dziwaczny, enigmatyczny uśmiech.
   – To już nie mój problem.
   Tego już było za wiele. Pod wpływem narastającej furii krew w ciele Noelii podnosiła się, niebezpiecznie zbliżając się do temperatury wrzenia.
   – Nie twój problem?! – dziewczyna nie potrafiła zapanować nad swoim głosem. – Jak nie twój problem?! To ty będziesz musiała znosić smród!
   Kamila sprawiała wrażenie ukontentowanej, co jeszcze bardziej rozjuszyło Noelię.
   – Tak, to prawda, ale ciebie także się to tyczy – odparła spokojnie wariatka, akcentując każdy wyraz, jakby chciała nadać mu nowe, głębsze znaczenie.
   Noelia w trymiga zerwała się na równe nogi, gotowa przejść do rękoczynów. Jak ta suka śmiała się tak do niej odezwać?! To niedopuszczalne! Powinna ją ukarać. Nabić wielkiego siniaka pod okiem i guza na głowie jako akcesorium.
   – Co każe ci myśleć, że cię tu po prostu nie zostawię, co? – warknęła, a następnie zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.
   Niemożliwe, by nie było w tym domu niczego, co nadawało się do zadawania obrażeń. Jeśli nie znajdzie tego tutaj, przespaceruje się do pomieszczenia obok, a nawet na dwór. Na zewnątrz rosła młoda jabłoń, z której z pewnością łatwo zerwać gałąź.
   Kamila z łatwością zorientowała się, co jest grane, dlatego wstrzymała się z odpowiedzią. I Noelia wiedziała, że tak jest. W przeciwnym razie suka ukradkowo by na nią nie zerkała. Bała się. Po raz pierwszy się bała. Noelia sądziła, że to niemożliwe. A jednak! Dowód prezentował się przed jej własnymi oczami. Niestety, rozpłynął się, gdy tylko więziona spostrzegła, że na twarzy wroga gniew przekształca się w samozadowolenie.
   – Wtedy nie mogłabyś obejrzeć procesu mojej dehumanizacji – oznajmiła.
   Udawałaś strach?
   – Wracając do eksperymentu – kontynuowała Kamila, nie czekając na jakąkolwiek reakcję, jakby chciała odwrócić uwagę – początkowo nikt nie brał niczego na serio, strażnicy czuli się głupio wydając polecenia, więźniowie rozmawiali jakby nigdy nic...
   Noelia podejrzewała, czemu mogło służyć to odwrócenie uwagi. Wariatka chciała utrzymać ją w ryzach, sprawić, by niepotrzebnie nie ziała furią na prawo i lewo, a jednocześnie wbić drzazgę w but, która przypomni o sobie dopiero po powrocie do domu, gdzie ofierze będzie wolno się szarpać i wydzierać do woli.
   – Nie sądzę – przerwała szarooka – że kontynuowanie tego to najlepszy pomysł.
   – Żaden pomysł nie jest najlepszy. Wszystko zależy od oceniających go ludzi i jaki cel ten pomysł chce spełnić, ale jeśli chodzi o popularne określenie, którym posługują się istoty ludzkie... – wróg zapauzował, zapewne w celu podkreślenia słuszności wypowiadanych słów – wręcz przeciwnie. Musisz zrozumieć, co znaczy...
   Teraz to nawija tak, jakby wcale nie uważała się za człowieka. I czy ona myśli, że ja nie mam pojęcia, w jakim kierunku to wszystko zmierza?
   – Wiem, co to dehumanizacja. Wiem też, że w tym słowie kryje się słowo „człowiek” i przedrostek „de” oznaczający proces odwrotny.
   – I tak lepiej, abyś wysłuchała resztę.
   – Skąd mam wiedzieć, że wszystko, co mówisz, jest prawdą? Skąd mam wiedzieć, że nie naginasz faktów?
   Niedoszła zabójczyni bezwiednie przygryzła wargę. Jej oczy stały się nieobecne.
   – Skąd mam wiedzieć, że fakty nie zostały nagięte już wcześniej? – Zrobiła pauzę, aby pomyśleć. – Zapewniam cię, ja sama niczego nie naginam, bo to idiotyczne. Po wizycie tutaj możesz zajrzeć do internetu i sprawdzić, czy ci nie próbowałam wcisnąć bujdy.
   – To ma sens – przyznała niechętnie Noelia – ale nie wiem, czego sens usiłujesz zilustrować.
   Wyprostowała obolałe plecy. Pochylała je bardziej niż zwykle. To wina tej przebrzydłej rozmowy nawet nie zasługującej na miano rozmowy. Kiedy człowiek zostaje zmuszony do zastanawiania się, jak odeprzeć kolejny atak, wszystko inne schodzi na dalszy plan, mimo że czasami nie powinno.
   Ku jej rozpaczy, odkryła, że nie potrafi kontrolować swojej postawy. Kto wie, co wariatka z niej wyczytała. Część z tego to na pewno czysty nonsens, lecz nastolatce towarzyszyło niejasne poczucie, że ta część jest zaledwie drobinką w morzu piasku.
   – Dlaczego więc po prostu nie pozwolisz mi kontynuować? – zwróciła się do betonu niedoszła zabójczyni.
   Co z nią? Wcześniej jej oczy nie dawały mi spokoju, a teraz tylko gapią się w ten beton, jakby miał do niej przemówić.
   – Dlaczego po prostu mam nie zajrzeć do internetu?
   – Pamiętasz, jakiego eksperymentu masz szukać? Jeśli tak, w porządku, przeczytaj wszystko na spokojnie w domu, a potem podziel się przemyśleniami.
   – Czy to rozkaz?
   Noelia przygryzła dolną wargę. Nie istniało chyba nic, czego nie znosiła bardziej od rozkazów, a ta wiedźma najwyraźniej o tym wiedziała – co nie było aż tak znowu dziwne, biorąc pod uwagę, że tego typu skłonności posiada większość populacji ludzkiej. I co najgorsze, to wszystko nie mogło dziać się jedynie w głowie blondynki. Nie istniał świat, w którym istniały dwie, niepołączone ze sobą w żaden sposób, pamięci, z których pierwsza opowiadała drugiej zapamiętany przebieg eksperymentu, na wszelki wypadek.
   Kamila pokręciła głową.
   – Nie – odparła. – To wyłącznie sugestia, ale wątpię, aby wtedy udało ci się pojąć, dlaczego myślę w ten sposób, a nie inny i do czego zmierzam.
   – Gdybym później podzieliła się z tobą swoimi spostrzeżeniami, wyszłoby na to samo.
   Uwięziona, świadoma efektu, jaki wywoła jej następny ruch, uniosła głowę, odsłaniając pełne życia, a jednocześnie lodu, błękitne oczy.
   – A właśnie, że nie – rzekła. – Wybieraj, Noelia. Albo poznasz mój sposób myślenia i dowiesz się, dlaczego w ogóle opowiadam ci o tym eksperymencie dzisiaj... albo nigdy.
   Dzisiaj albo nigdy? Co to za gra i czy naprawdę powinna w nią grać, pomimo niegroźnego wyglądu? Lecz róże też mają kolce. Wystarczy dotknąć w nieodpowiednim miejscu, a człowiek się pokłuje.
   Co mogłaby stracić, gdyby usłyszała całą opowieść o eksperymencie z ust więzionej? Nic. Może wariatka opatrzyłaby ją paroma komentarzami, niemniej jednak Noelia była przekonana, że ich wpływ na jej psychikę wyniesie zero, zaś w razie podejrzeń sfałszowania informacji zajrzy do internetu. Nie, i tak tam zajrzy. Wariatka mogła specjalnie zasugerować to medium. Istniało większe prawdopodobieństwo, że nastolatka je zignoruje, kierując się założeniem „ponieważ wszystko jest pod ręką, na pewno nie zawiera ani krzty fałszu”.
   – W porządku – ostatecznie zgodziła się Noelia. – Chcesz, to opowiadaj. Przynajmniej zaschnie ci w ustach, a wtedy się zamkniesz i będziesz cierpieć.
   Ku zdziwieniu blondynki, nie rozbrzmiała żadna riposta.
   – Wracając do eksperymentu... – ciągnęła Kamila. – Skoro jego uczestnicy na początku nie brali niczego na serio, bunt, który wybuchł w drugim dniu, okazał się szokującym odkryciem... przynajmniej według mnie. Więźniowie z jednej z cel zabarykadowali drzwi pryczami, pozbyli się numerów identyfikacyjnych, czapek, nawet wyzywali strażników. Dość dziwne zachowanie. Mogli przecież spokojnie czekać na koniec. Wiedzieli, że nie będą tkwić w sztucznym więzieniu wiecznie, chyba że zapomnieli, w jakim celu się w nim w ogóle znaleźli...
   Noelia wątpiła, czy byłaby w stanie przeżyć w warunkach więziennych długo – nawet gdyby poinformowano ją, że to imitacja i że po dwóch tygodniach wróci do domu. Oszalałaby. A co, jeśli przestałaby wierzyć, że to imitacja? Sama przecież nie przebywała w więzieniu, a mózg sukcesywnie ją oszukiwał – podsuwał nieprawdziwy obraz blondynki, którą przyszło jej trzymać na uwięzi.
   No ale tamci ludzie zostali przebadani, na pewno nie mieli podobnych przeżyć – upomniała się. – Na sto procent nie mieli rodziców, których nie obchodził los swoich dzieci... To nic, mózg jest podatny na iluzje.
   – Być może przestali wierzyć, że to naprawdę eksperyment – powiedziała. Podrapała się po brodzie. – A nawet jeśli nadal sądzili, że to eksperyment, to takiego rodzaju, którego nie zdradza się społeczeństwu.
   – Być może, tak – zgodziła się niedoszła zabójczyni, aczkolwiek bez zbytniego przekonania. Wyglądało na to, że dziewczynie najbardziej zależało na dobrnięciu do końca opowieści. – Rzecz jasna, bunt stłumiono, a więźniom zabrano prycze. To początek pewnego rodzaju przemiany, zarówno wśród więźniów, jak i strażników, którzy stawali się coraz bardziej bestialscy. – Blondynka na chwilę przerwała monolog, by nagromadzić trochę śliny. Przełknęła ją. – Prawa przysługujące strażnikom stały się przywilejami. Nagrodą było pozwolenie na zjedzenie posiłku czy skorzystanie z toalety, a nawet brak jakiejkolwiek kary. Apele stawały się coraz dłuższe, więźniowie byli zmuszani przez strażników do wykonywania nieprzyjemnych prac, nawet polerowania strażnikom butów, co jest dość śmieszne, kiedy o tym pomyślisz.
   To niemożliwe, by zwykli ludzie tak szybko zmienili swoje zachowanie – żeby ze zwykłych, przyjaznych stworzeń przeobrazili się w bestie pragnące wykorzystać innych. Owszem, Noelia nie śmiała podważać istnienia egoizmu wśród większości istot ludzkich, lecz nie sądziła, że posuną się do takich czynów. Jeżeli od tego zależałoby, czy dożyją kolejnego dnia, tak, ale oni doskonale wiedzieli, że to, czy będą znęcali się nad swoimi więźniami czy nie, nic im nie da.
   I co było w tym zabawnego? To, że byli tacy głupi, czy może uwięzioną rozbawiła moja głupota? Może sądziła, że przetrzymywanie jej tutaj nic mi nie da, wyłącznie zaszkodzi, jednak mimo wszystko nadal to robię. Torturuję ją, bawię się w strażnika. Gdyby strażnicy zachowywali się normalnie, mogliby liczyć na coś więcej niż bunty. Może wariatce chodzi o to, że mam ją przekonać do tego, żeby mnie nie zabijała. Tak, tylko to trochę bez sensu. Nie będę jej mogła tak po prostu uwolnić, nawet jeśli zdoła mnie przekonać, że mnie nie zabije.
   Jasnowłosa ze zdziwieniem spostrzegła, że więziona przerwała opowieść. Czekała na reakcję. Małpa miała plan.
   Tylko skoro zamierza mnie przekonać, że nie planuje mnie zabić, po cholerę na początku twierdziła na odwrót? Jeśli nie ma się przyjaciół i chce się poznać kogoś nowego, raczej nie grozi się śmiercią na prawo i lewo, żeby ściągnąć ich uwagę...  Dobra, chce reakcji, to ją dostanie. Inną, niż się spodziewa.
   – To raczej okropne niż śmieszne – rzekła Noelia. Podążając śladami wroga wbiła wzrok w beton.
   Rzecz jasna, nie ujrzała tam niczego ciekawego, a szarość, która zdawała się namawiać obserwatora do wyzbycia się wszystkich dręczących myśli. To zdecydowanie lepsze, niż przyglądanie się komuś pochodzącemu z najgorszych koszmarów.
   – To twoja opinia, ja mam swoją – odrzekła Kamila bez przekonania, jakby przeczuwała, że istnieje coś, co Noelia ukrywa. – To naprawdę zabawne, jak z porządnego człowieka można przeobrazić się w kogoś, kto wykorzystuje swoją władzę do znęcania się nad innymi. Wszyscy lubimy uważać siebie za kogoś innego, gdy w rzeczywistości jesteśmy takimi samymi wypatroszonymi z uczuć egoistami.
   – Nie nazywałabym każdego człowieka wypatroszonym z uczuć egoistą.
   Większość ludzi to egoiści, to naturalne, ale większość egoistów posiada uczucia. Może akurat wtedy mieli pecha z tymi strażnikami albo była wśród nich osoba wywierająca silną presję na pozostałych. Niektórzy są w stanie zrobić niemal wszystko, żeby przypodobać się innym.
   Podejście Kamili początkowo wyglądało na sceptyczne, jednak zaledwie po kilku sekundach dziewczyna wykonała gest przypominający wzruszenie ramion.
   – Masz rację. Coś tam musimy czuć, skoro jeszcze nie pozamykali nas wszystkich. Świadomość kary powstrzymuje ludzi przed popełnianiem zbrodni.
   – Gdyby nie istniały kary, świat byłby strasznie nudnym miejscem. Nie musiałoby się wykorzystywać innych do osiągnięcia swoich celów. Wystarczyłoby tylko zabić właściwą osobę.
   Noelia nie była pewna, co ją podkusiło do powiedzenia czegoś takiego – słowa miały pokrętny sens, z którym każdy chciałby się nie zgodzić. Niestety, nie mogła ich cofnąć, mimo że gdyby były to słowa innej osoby, kłóciłaby się zażarcie. Twierdziłaby, że nie każdy wykorzystuje ludzi do swoich celów. Tylko właściwie dlaczego by się kłóciła?
   Kamila jednak nie zajęła przeciwnego stanowiska – jak na osobę inną od większości społeczeństwa przystało.
   – I być może nigdy nie dostałabyś tego, czego sobie zażyczyłaś, bo musiałabyś skontaktować się z kimś potrzebnym do wypełnienia twoich planów, a ten ktoś albo z miejsca by cię zabił, albo zostałby zabity przez kogoś innego i zastąpiony. Zastępca mógłby nie dać ci tego, czego żądasz.
   – Naprawdę myślisz, że wszyscy tak by się palili do zabijania?
   Uwięziona sprawiała wrażenie rozbawionej. Noelia podejrzewała, że lada chwila wybuchnie śmiechem, albo oznajmi, że to najbardziej oczywiste i idiotyczne pytanie, jakie jej zadano.
   – A czemu by nie? – udała zdziwienie Kamila. – Nawet jeśli czuliby początkowo wyrzuty sumienia, szybko nauczyliby się, że one nie służą pomocą w przetrwaniu.
   Pewnie jest fanką Beara Gryllsa – zakpiła w myślach Noelia.
   – Coś mi mówi, że wtedy cofnęlibyśmy się do epoki kamienia łupanego i zabijanie siebie nawzajem dla lepszego życia nie miałoby najmniejszego sensu.
   – Być może – rzekł antagonista. – Strażnicy więzienni zdawali się czerpać przyjemność ze znieważania i poniżania więźniów. A co z osobami, którym przypadła rola więźniów? Nie rozmawiali o sobie, o zainteresowaniach, marzeniach, o tym, co będzie po tym, jak eksperyment dobiegnie końca. Rozmawiali o paskudnym jedzeniu, karach, brutalności strażników czy planach ucieczek z więzienia. Zupełnie jakby nie wiedzieli, że to eksperyment. Co więcej, więźniowie zaczęli się wypowiadać nieprzychylnie o innych więźniach. U niektórych pojawiły się oznaki depresji, wybuchy złości, napady płaczu i lęku. Spowodowało to wcześniejsze zwolnienie do domu bodajże pięciu osób. Następnego dnia zakończono eksperyment, przedwcześnie.
   Czy ją w ogóle obchodzi, o czym ten eksperyment opowiada, czy ględzi o nim, bo to pierwsze, co wpadło jej do głowy i w miarę dobrze pamięta, a ten eksperyment akurat nadaje się do dręczenia mnie... albo usprawiedliwienia moich działań? Ale dlaczego chciałaby, bym czuła się usprawiedliwiona? Czy to mieści się w planie przekonywania, że nie, wcale nie chce mnie zabić, jeśli tylko udowodnię, że ja jej nie zabiję?
   – Po takich wydarzeniach? Nie dziwi mnie to.
   Przecież nie będą torturować tych biednych studentów, nawet jeśli otrzymują pieniądze ze względu na udział w eksperymencie. Jeśli badacze zdobyli dowody, jakich szukali, co szkodzi na przeszkodzie, by zakończyć przedsięwzięcie.
   – Pewnie zaskoczy cię to, że strażnicy byli rozczarowani takim obrotem wydarzeń?
   Noelia pokręciła głową.
   – Nie – odrzekła.
   – No tak. To, co przedstawiłam wcześniej, doprowadziłoby każdego człowieka do podobnego wniosku, a po jego usłyszeniu nie byłby zaskoczony. Co najwyżej by się cieszył, że dotarł do właściwego wniosku. – Więziona oblizała wargę w zamyśleniu. – A co do iluzji, więźniowie byli przekonani, że na strażników wybrano osoby od nich wyższe czy więcej ważące, gdy przecież rzut monetą decydował o tym, czy dana osoba miała wcielić się w więźnia czy strażnika. Zabawne, jak wiele zależy od położenia człowieka i jego myśli.
   To się zgadzało: osoba posiadająca niską samoocenę inaczej postrzega wszystko, co się wokół niej dzieje, niż osoba z wysoką samooceną. Tylko o co chodziło tej wariatce? Czyżby stawiała się na miejscu Noelii?
   – Więc co? – zadrwiła jasnowłosa. – W twojej głowie znalazłaś się w zupełnie innej sytuacji? W której to ja jestem tobą, a ty mną? To pozwala ci na zachowanie zupełnie niepasujące do twojej roli?
   Kamila odczekała kilka sekund, by przełknąć kolejną porcję śliny. Noelia wątpiła, że to jedynie na pokaz. Jej samej zasychało w ustach, a co dopiero wariatce, która nadwyrężała głos bez uprzedniego uzupełnienia płynów.
   – Być może – powiedziała niedoszła morderczyni. – Ciekawa jestem, jak by wyglądała replika tego eksperymentu, gdyby ludzie de facto wyobrażali sobie, że są kimś innym – strażnik więźniem, a więzień strażnikiem, ale to nie po to opowiadam ci o tym eksperymencie.
   Noelia sądziła, że gdyby eksperyment przeprowadzono na zachowaniu tych samych ludzi, ten nie przebiegłby wcale z odmiennym skutkiem. Zapewne więźniowie udawaliby strażników całkiem skutecznie, niemniej nie posiadaliby nad nimi wystarczającej władzy. Ponadto zamknięto by ich w celach, natomiast strażnikom odechciało by się udawania uwięzionych, gdyby czas spędzali „na wolności” i mogli zapanować nad panoszącymi się.
   – A po co? – zapytała jasnowłosa, sądząc, że odpowiedź na to pytanie jest ważniejsza od przypuszczeń dotyczących repliki.
   – Powiem ci, jeśli podasz mi coś do picia.
   A więc tak się bawimy. Wszystko zostało zaplanowane, by wyłudzić ode mnie tamtą butelkę wody. Chociaż nie jest to dziwne. Też bym tak postąpiła na jej miejscu i w sumie to dobrze, że zagadnęła o to picie, bo kto wie, czy będę w stanie się tu jutro pojawić, a odwodnić jej nie mogę. Mogłaby umrzeć, gdyby nie dostała wystarczającej ilości płynów. Wtedy Kombinator... cholera, dowiedziałby się o wszystkim. Wszyscy dowiedzieliby się o wszystkim.
   – Umowa stoi – zgodziła się Noelia. – Zaraz przyniosę ci wody. Butelka została przy wejściu.
   Blondynka opuściła pomieszczenie, by po chwili pokazać się z czarną, przewieszoną przez ramię, torebką. Widniało na niej mnóstwo ćwieków układających się w małe koła.
   Już na wejściu Noelia otworzyła torebkę. Nie kłamała. Butelka znajdowała się w środku.
   Nastolatka stanęła w odległości metra od wroga, kiedy zdała sobie sprawę z nieszczęsnej pozycji. Nie mogła przecież zwyczajnie wręczyć Kamili butelki. Ręce dziewczyny zostały związane. Jeśli podeszłaby zbyt blisko, wariatka mogłaby wyrządzić jej krzywdę. Tylko czy aby na pewno? Nie było szans na to, żeby Kamila wydostała się z opuszczonego budynku o własnych siłach, nawet jeśli jakimś cudem udałoby jej się zabić Noelię, więc najprawdopodobniej nie próbowałaby niczego, co odcięłoby ją od żywności i płynów. Wątpliwe, aby nawet próbowała Noelię uderzyć. Może i była wariatką spod ciemnej gwiazdy, ale raczej nie spieszyło jej się do poznania tajemnic życia pozaziemskiego.
   – Powinnam była zadzwonić do Kombinatora – mruknęła pod nosem szarooka. – Wtedy nie musiałabym się niczym martwić.
   – To ten twój znajomy, który ci pomógł? – zaciekawiła się Kamila. Nie podniosła jednak wzroku z betonu.
   – Tak.
   Zatajanie tej informacji nie miało sensu. ,,Kombinator” to tylko ksywka, która niczego i tak by nie zmieniła.
   – Wiesz, czego chciano się dowiedzieć za pomocą tego eksperymentu? – zapytała niespodziewanie Kamila. Noelia nieomal podskoczyła. – Odpowiedź jest prosta: dlaczego więzienia są tak nieludzkie, skąd się bierze okrucieństwo strażników i zezwierzęcenie więźniów. Często takie zachowanie tłumaczy się predyspozycjami.
   – Ludzie tłumaczą wszystko predyspozycjami – powiedziała Noelia, bezwiednie otwierając przezroczystą, wypełnioną do połowy, Kroplę Beskidu. Uniosła niebieską nakrętkę tak, by zrównała się z linią jej oczu. Następnie podrzuciła ją. Nakrętka wylądowała na betonie, spodem do góry. – Skoro ktoś znęca się nad innymi, musiało w nim zostać zasiane ziarnko sadysty już wcześniej... Skoro ktoś jest uległy, wygrawerowano to w jego genach.
   – To bez sensu, że wielu ludzi nie bierze pod uwagę wpływu sytuacji. Sytuacje nas kształtują. Według takich ludzi sadystą nie mógłby się stać normalny człowiek – taki jak ty i ja.
   Usłyszawszy tę rewelację, Noelia wywróciła oczami. Oto jedna z najbardziej nienormalnych osób świata uważała się za normalną. Choć to nie powinno być tak zadziwiające. Każdy – nawet najdziwniejszy człowiek świata – nie zdaje sobie sprawy z własnej nienormalności, chyba że jest pozerem pragnącym bycia uważanym za odmieńca.
   I dlaczego, u licha, ta wariatka zaczęła gadać, zanim jeszcze się napiła?!

*


   Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że to zły pomysł, a nawet gorzej niż zły. Co, jeżeli Maciek nie zgodzi się na wyjawienie imion i nazwisk znajomych Kombinatora? Nie, przecież nie może mnie o nic podejrzewać, no ale Kombinator ma multum kumpli – takie przynajmniej odniosłam wrażenie – a kiedy każę Maćkowi wymienić ich wszystkich, może mu się to wydać podejrzane. Stąd szybka droga do poinformowania Kombinatora o zaistniałej sytuacji. W końcu to także jego przyjaciel.
   Ale hej! Przecież ja nie muszę kazać Maćkowi wymieniać wszystkich imion i nazwisk. Wystarczy zaledwie kilka, żeby puścić plotkę w obieg. Nie muszę także na razie nikomu mówić o opuszczonym domu, bo wtedy tym bardziej by mi nie uwierzyli – nie, kiedy nie mam zdjęcia, którego, oczywiście, nie mogę zrobić dopóki sprawa nie ucichnie. Nie mogę zostać złapana z nim w telefonie. Poza tym, jeśli poznam kilku kumpli Kombinatora, nie będzie od nich trudno wyciągnąć inne nazwiska i to muszę zrobić bez zastraszania. Gdybym od razu próbowała ich zastraszyć, nikt by nie uwierzył w moje historie i nie odwrócił się od Kombinatora.
   O miejsce zamieszkania nie będę wypytywać. Na stówę mają wszyscy konta na Facebooku, więc dowiem się, jak wyglądają... tylko mogę nie wiedzieć, na jakiej ulicy dokładnie mieszkają, ale to w sumie żaden problem. Popytam ludzi. Powiem, że znaliśmy się od dzieciństwa, los nas rozłączył, ale postanowiłam się mu sprzeciwić po tym, jak przypadkiem dowiedziałam się, że ,,przyjaciel” mieszka w okolicy. Mogę tak jednak zrobić co najwyżej trzy, może cztery razy, co niezbyt mi odpowiada, ale tym będę martwiła się później.
   Ostatni raz na wszelki wypadek rozejrzała się po okolicy. Może i miała paranoję, ale w takich okolicznościach zdrowo ją mieć.
   Odnalazła w kontaktach ksywkę „Żyrafa”, która tak naprawdę była nazwiskiem przyjaciela. Dotknęła odpowiedniego miejsca na ekranie i czekała.
   – Coś krótko tym razem zajęło to kopanie w kalendarz – zażartował chłopak już po piętnastu sekundach. – To aż nieprawdopodobne. Normalnie cud natury, kurka wodna.
   – Cud natury to normalnie będzie, jeśli za rok będę żywa – wymamrotała Noelia. – Mogę wpaść do ciebie w piątek? Ale rano, bo nie chcę mieć kłopotów. Chyba możesz urwać się na wagary, co?




Jeśli to czytacie, może to oznaczać dwie rzeczy: pierwsza – dobrnęliście do końca, druga – w chowanego się nie bawię, czyli inaczej... żyję. Hurrraaa! 
Opóźnienie (Ej, moment! Jakie opóźnienie?! Ja o wszystkim dawno uprzedzałam.) spowodowane jest głównie wysłaniem tekstu Semi, której dziękuję za przyszłe sprawdzenie, czy nie pominęłam czegoś istotnego opisując stanfordzki eksperyment więzienny – no bo jeszcze nie sprawdziła, a ja postanowiłam (po pięciu dniach oczekiwania), że i tak rozdział opublikuję. Najwyżej w razie potrzeby coś później zmienię lub dodam, skoro i tak obecnie prawie nikt nie czyta Więźnia niewinności. Nie oczekujcie jednak, że następny rozdział pojawi się jutro czy coś. Zrobiłam sobie malutkie wakacje. ;)
Nie powiem, że nie jestem zadowolona z tego rozdziału, bo nie wolno mi takich rzeczy mówić. ;D Wiadomo, co się dzieje, kiedy pozwolę rozwinąć się lasom deszczowym mojej imaginacji. Wiadomo również, że a – imaginacja nigdy się nie myli, b – jeśli sądzisz, że się myli, wróć do punktu a. ;D
Na razie jeszcze nie kupujemy nowego psa, ale myślimy nad czarnym labradorem. Pewnego razu powiedziałam mamie, że pasowałoby mu imię Nero (nero to w końcu czarny po włosku. Sprawdziłam także, czy to słowo znaczy coś innego w innych językach i okazuje się, że po fińsku oraz wepsku to geniusz: pasujE!). Mamie się to imię spodobało, co graniczy z cudem. Teraz jednak się zastanawiam, czy Dafodil nie jest ładniejszym imieniem (wymawiane tak jak jest napisane, z angielską wymową cudować nie będę). Mama oczywiście uważa, że trudne do zapamiętania i tak, pomimo braku upiększeń. Tak, wiem, co ten wyraz oznacza (wiem też, że powinnam zapisać go przez dwie litery f, ale to imię spolszczone, zatem się nie czepiać), ale zapewniam: chodzi jedynie o brzmienie. Może powinnam nazwać labradora Dysfolid? Nie no, żartuję oczywiście – nazwa tego węża kojarzy mi się z dziwnymi rzeczami, o których mogłabym ułożyć historyjkę. Haha, prędzej nazwałabym psa Serpent. To przynajmniej ciekawie brzmi.
A może Wy macie jakieś propozycje? Kosmiczne w szczególności dozwolone. Tylko pamiętajcie, że mają nie być oczywiste, bo dostaniecie w oko! ;P
Template by Elmo